An Evening with Machine Head…

MH

Piękne popołudnie 14 września przyniosło mi wspaniałe przeżycie w postaci koncertu grupy Machine Head, którą uważam za jednego z najlepszych – o ile nie najlepszego – przedstawiciela współczesnego metalu. Gwoli wyjaśnienia. Dla mnie „współczesność” to lata 90. ubiegłego wieku. :-D

Koncert odbywał się w warszawskim klubie muzycznym Progresja. Podróż z Łodzi do Warszawy przebiegła szybko i bezproblemowo i ok. 17 zameldowałem się na miejscu. Przed klubem stało już kilkanaście osób. Po ubraniach i koszulkach nie trudno było zgadnąć w jakim celu się tam stawili. Zakupiłem sobie piwko i zacząłem podziwiać co poniektórych osobników a właściwie nie ich lecz ich wytatuowane ciała. Nie jestem jakiś konserwatystą, który wszelakim malunkom na ciele mówi nie ale jednak przez myśl przeszło mi jakbym wyglądał na starość z wytatuowanymi nogami, rękoma, palcami, szyją… jakoś ta wizja średnio mi się spodobała :-P

Ale ad rem. Ok. 18.40 weszliśmy do środka i zająłem bardzo dobre miejsce jakiś 1 – 1,5 metra od sceny. Gig miał się zacząć o 20 także było jeszcze trochę czasu, który spożytkowałem na bardzo sympatyczną rozmowę z parą młodych ludzi (atrakcyjna brunetka i jej chłopak wyglądem przypominający jako żywo Jana Bigosa syna Antoniego ;-) ), którzy mieli problemy z rozszyfrowaniem pewnej łacińskiej liczby MCMXCII znajdującej się w logo zespołu. Jako, że na studiach miałem przyjemność obcowania z tym zacnym językiem wytłumaczyłem im, że to ni mniej ni więcej jak data 1992 czyli rok założenia kapeli. Ja im powiedziałem, że w tym roku zacząłem studia a oni mi, że… wtedy się urodzili! :-D Dziadku co ty tu robisz pomyślałem sobie. Szybki jednak rzut oka wstecz i doszedłem do wniosku, że jednak tak źle nie jest.

Ok. 20.04 zgasły światła i z głośników poleciały pierwsze takty Imperium, kawałka który sprawił, że ma miłość do MH znów odżyła kilka lat temu (Daro form Żagań – dzięki za linka). Co się zaczęło dziać trudno opisać w kliku słowach… W każdym razie ma 42 letnia posiwiała, wyłysiała głowa rytmicznie kręciła się w te i wewte tworząc coś co się headbangingiem zowie! :-D Potem były kolejne killery, które atakowały me ciało z prędkością karabinu maszynowego. Bardzo spodobała mi się piosenka From This Day, której nie słuchałem bardzo, bardzo długo… Czekałem też na utwory z ostatniej fantastycznej płyty Bloodstone And Diamonds. Było ich sporo ze wspaniałym In Comes The Flood na czele. Żeby jednak docenić w całości te kompozycje radzę sięgnąć po CD. Na żywo oprócz energii i czadu trudno wychwycić wszystkie smaczki tej płyty.
Zachowanie Robba & Co można określić z angielska „crazy motherfucers”. Robb co chwilę mówił, że jesteśmy awasome i ryczał: Do you want more from Machine Head!!!??? A my chcieliśmy more! Nadeszła w końcu ta chwila gdy wspólnie krzyknęliśmy z Robbem: LET FREEDOM RING WITH THE SHOTGUN BLAST! I zaczął się Davidian – ich pierwszy numer z debiutu Burn My Eyes. Czy możecie wyobrazić sobie statecznego męża, ojca 2 dzieci w nieopisanym pogo? Nie? Może to i lepiej. Parę razy podczas tego koncertu taki mnie myśli nachodziły, że to co się dzieje jest lepsze od czegoś określonego trzyliterowym słowem zaczynającym się na s a kończącym na x! :-D

Kapitalny numer Halo zakończył ten niesamowity koncert, po którym czekała nas wspólna fota z kapelą i polowanie na pokoncertowe pamiątki. Tak się jakoś złożyło, ze w mych rękach znalazła się kostka do gry nowego basisty Jareda MacEecherna.

O północy byłem już w domu. Długo jednak nie mogłem zasnąć mając w pamięci to co przeżyłem raptem kilka godzin temu…

SETLISTA
1. Imperium
2. Beautiful Mourning
3. Now We Die
4. Bite the Bullet
5. Locust
6. From This Day
7. Ten Ton Hammer
8. This Is the End
9. In Comes the Flood
10. The Blood, the Sweat, the Tears
11. Crashing Around You
12. Darkness Within
13. Declaration
13. Bulldozer
14. Killers & Kings
15. Davidian
16. Descend the Shades of Night
17. Now I Lay Thee Down
18. Aesthetics of Hate
19. Game Over
20. Seasons Wither
21. Halo

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.