Fort Lyck

20160527_203459
Nie wiem od czego zacząć, takie emocje targają mą osobą na myśl, wspomnienie tego co przeżyłem tydzień temu. Minął kolejny samochodzikowy zlot. Ale dla mnie nie były to zwykłe chwile, to był szczególny czas, w którym znów na kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt chwil mogłem znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Wiele razy byłem już na Mazurach. Miłość do tej krainy wpoiły we mnie dwie osoby: po pierwsze mój tata, z którym przeżyłem absolutnie najwspanialsze w swym życiu wakacje podróżując po nich samochodem marki wartburg 353, który to pojazd oprócz funkcji transportowych, służył za niczego sobie lokum, a po drugie – Pan Zbigniew Nienacki, który w swych książkach tak wspaniale, sugestywnie, pięknie po prostu, Mazury sportretował. Co jakiś czas zatem wracam w tamte strony i staram się odkrywać kolejne ich zakamarki. Tym razem ten wyjazd był szczególny. Moimi towarzyszami byli przyjaciele – tacy jak jak – pozytywnie zakręceni ludzie. I to dzięki nim własnie wyjazd ten okazał się absolutnie udany i bogaty. Po raz pierwszy w swym życiu odwiedziłem dom Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu, mogłem przepłynąć się kajakiem Krutynią, odwiedzić rodzinny dom Ernsta Wiecherta autora jednej z najwspanialszych książek jakie w życiu czytałem „Dzieci Jerominów”. Odnalezienie Sowiego Rogu było dla mnie niesamowitym przeżyciem! Do tego jeszcze opuszczony cmentarz po środku lasu, robiący piorunujące wrażenie. Czegóż więcej chcieć!
Jeden jednak wieczór wrył się w mą pamięć szczególnie! Podróż na wyspę Czarci Ostrów czyli Fort Lyck i nocleg na niej. Ileż to razy czytałem „Niewidzialnych” i z wypiekami na twarzy wyobrażałem sobie rejs wehikułu z Panem Samochodzikiem i Moniką na pokładzie, ile razy wyobrażałem sobie ich spotkanie na wyspie z Winnetou i wspólny biwak. Widok wielkiej tafli Śniardw z wielkim falami i dżdżystą pogodą bez reszty pochłaniał mój umysł a wyobraźnia działała w sposób niewyobrażalny. Tym razem jednak to JA miałem tam płynąć, to JA miałem tam spać!!! Co prawda nie dostałem się tam amfibią a poczciwym rybackim kutrem, którego dźwięk deieslowskiego silnika jako żywo przypominał to jak opisał to pan Nienacki. Nawet aura nam sprzyjała (znaczy się lało jak z cebra)! :-) Ale tak miało po prostu być. Miało być dokładnie tak jak w książce! I było! Nikt z nas nie kaprysił rozkładając namioty i po kilkunastu minutach mieliśmy przygotowane zgrabne obozowisko! Radość na twarzach i duma rozpierały nas! Na przekór wszystkiemu udało się nawet rozpalić ognisko! Aura wynagrodziła nam naszą pokorę i po deszczu nadszedł piękny zachód słońca a my rozradowani przy piwie i Ballantinesie mogliśmy wymieniać nasze wrażenia. Kulminacyjnym punktem było odnalezienie fundamentów Fortu Lyck! Nasza eskapada okazała się pełnym sukcesem! Oprócz tego nagraliśmy kilka scenek z książki. Radości, śmiechu było cała masa. Zarówno „aktorzy” jak i „reżyser”, „operator” oraz publika spisali się na medal!
To były dla mnie absolutnie magiczne chwile, które długo się chyba nie powtórzą w mym życiu. Po nocy nastąpił cudowny rześki poranek, którego ukoronowaniem była jajecznica z 20 jaj z kiełbasą i cebulą usmażona na ognisku. Czy może – jak to mawiał Dyr. Marczak w „Niesamowitym Dworze” – być coś lepszego niż jajecznica na kiełbasie!? :-D A po jajecznicy nagranie jeszcze fragmentu „Niewidzialnych”.
Wszystko co dobre i wspaniałe ma jednak swój kres i z ciężkim sercem wysłużonym Sandczaem musieliśmy ruszyć w drogę powrotną. Co powiedzieć więcej? Bardzo trudno złożyć mi jakąś sensowną pointę. Wiem bezapelacyjnie jedno – ten dzień, ten wieczór, ta noc bezapelacyjnie należą do najpiękniejszych w mym dotychczasowym życiu. Mogę to tylko porównać do wakacji z tatą, o których wspominałem na wstępie! A to już w mej hierarchii bardzo, bardzo wysoka pozycja. I nawet dwa złapane kleszcze nie zmienią mej opinii o tym dniu!
To wszystko co przezywałem, przeżywałem w towarzystwie mego starszego syna. Mam taką cichą nadzieję i takie przekonanie, że chyba mu się podobało i był zadowolony! Może kiedyś on weźmie na taki wypad swoje dzieci? Bardzo bym tego chciał.

Na koniec chciałbym dodać, że ma podróż dedykuję memu tacie, bez którego tego wszystkiego pewnie by nie było. Dziękuję Ci tato!

Niech się mury pną do góry…!

Patrzę sobie na ten filmik https://youtu.be/rmv7XGNBDYU i me duszę i ciało wypełnia radość. Pełną parą idzie budowa mego drugiego domu. Tak nie waham się użyć tego słowa. WIDZEW to dla mnie bardzo wiele, to wspomnienia, emocje, łzy radości i łzy smutku. To coś dzięki czemu mogę przenieść się w inną rzeczywistość i ładować swoje akumulatory, dzięki któremu poznałem fantastycznych ludzi, których tera mogę nazwać swymi przyjaciółmi! A stadion to jego dom. Nowy piękny. Widząc takie obrazki wierzę, że jeszcze kiedyś przyjdzie mi głośno zaśpiewać Mistrzem Polski jest Widzew!!! Wiem, że WIDZEW nie zginie, NIGDY! Bo można go ugiąć ale złamać już nie. Jestem cierpliwy i poczekam. I mam nadzieję, że kiedyś będę mógł iść na mecz mego WIDZEWA z goszczącą w Łodzi BVB czy Liverpoolem. Na razie pozostaje mi ekscytacja IV ligowym rozgrywkami ale to nie ważne! Przecież A the end of the storm there’s golden sky! Karnet już mam!
WIDZEWIE NIGDY NIE BĘDZIESZ SZEDŁ SAM!!!
A na razie? Niech się mury pną do góry! :-D

MEGADETH – „Dystopia”

Dystopia

MEGADETH – jeden z Wielkiej Czwórki thrashu powraca z nową płytą. Nowy skład, nowe nadzieje i oczekiwania. Dla mnie jak najbardziej pozytywne wydawnictwo. 100% MEGADETH w MEGADETH z pewną wartością dodaną w postaci mnóstwa genialnych solówek. Płytki trzeba posłuchać kilka razy aby odkryć w niej to co najlepsze, To co najlepsze dla mnie to The Threat Is Real, Dystopia, Poisonous Shadows, Conquer Or Die, Post American World czy Bullet To The Brain. Chłopaki atakują z pełną furią i w ogóle nie odczuwa się, że Mustaine to pan dobrze po 50, Ellefson bardzo ładnie w kilku numerach uwypukla swój bas a solówki Kiko Loureiro po prostu wymiatają. W kilku utworach słyszymy to co nagrali na Countdown To Extinction, w kilku na myśl przychodzi Youthanasia a Post American World spokojnie mógłby znaleźć na płycie World Painted Blood - SLAYERA. Na tej płycie thrash rządzi i o to chyba chodzi. Absolutnie jest to dla mnie duża zachęta do zobaczenia Rudego & Co w łódzkiej Atlas Arenie!

Ocena 8/10

Jo Nesbo – Pierwszy śnieg.

Trudne zadanie przede mną gdyż chcę napisać parę słów o tytułowej książce. Właściwie jednak aktualne jest wszystko to co napisałem o Wybawicielu. Choć może nie do końca gdyż Pierwszy śnieg atakuje z całą swoją mocą już od pierwszych stronic a potem trzyma swój poziom napięcia na moment nawet nie zwalniając. Mało jest takich autorów, takich książek, które potrafią pochłonąć człowieka bez reszty. Z detektywem Harrym Hole tak właśnie jest. Nie sposób oderwać się od historii a moment, w którym odkłada się książkę jest bardzo bolesny dla umysłu. Cóż więcej pisać. Tym razem Harry musi zmierzyć się z Bałwanem. Zadanie ma piekielnie trudne bo okazuje się, że tak jak Harry jest Mistrzem jeżeli chodzi o policyjną robotę tak Bałwan jest perfekcjonistą w pozbawianiu życia ludzi. Co więcej Bałwan chce przeprowadzić ostateczną rozgrywkę właśnie z Harrym zdając sobie sprawę, że tylko on może zagwarantować wyrównany pojedynek… Więcej pisał nie będę bo po prostu samemu trzeba sięgnąć po książkę i przeczytać ją. Warto tylko dodać, że oprócz samej niezwykle interesującej fabuły Nesbo daje nam duży ładunek informacji o życiu w ogóle, o kraju, w którym dzieje się akcja – Norwegii. Po lekturze czuje się tak jakbym właśnie wrócił z wycieczki po Norwegii. Polecam z gorącym sercem wszystkim jednocześnie po wtóry raz powtarzając, że warto serię czytać chronologicznie tak aby lepiej poczuć jej smak.

Dla mnie ocena: 10/10

Co ja robię tu…?

No właśnie co ja robię tu? Od listopada – niewiele. Czyżby nie wydarzyło się w międzyczasie nic ciekawego, godnego odnotowania? Nie sądzę, to raczej brak chęci, czasu i odrobina lenistwa sprawiły, że żaden nowy wpis nie pojawił się z mej strony. Postaram się to naprawić! :-)
Zacznę może od recenzji kolejnej książki Jo Nesbo. Tym razem Harry Hole stanął oko w oko z … Bałwanem. Szczegóły wkrótce!

Kilka słów z początkiem listopada.

Nieuchronnie zbliża się zima, Święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok. Każdej kolejnej jesieni początkiem tego wszystkiego jest dla mnie listopad. Najbardziej nielubiany przeze mnie miesiąc.Pojawia się nostalgia,zaduma. Życie z grubej rury wali nam w głowę już w pierwszych dwóch dniach listopada przypominając o tym co de facto w życiu jest najważniejsze Nigdy nie przepadałem za świętem Wszystkich Świętych po trochu może własnie dlatego, że uzmysławia nam ono, iż Zegarmistrz Światła gdzieś tam idzie i w końcu zapuka do drzwi, a po wtóre z bardziej przyziemskich przyczyn. Widząc te wszystkie tłumy na cmentarzach wystrojone panie i panów często pogrążonych w bardzo wesołych rozmowach, zawsze zadawałem sobie pytanie czy to jest szczere i prawdziwe. Prawdę mówiąc zawsze miałem co do tego duże wątpliwości. Potęguje to wszystko jeszcze bazarowa tandeta z balonikami, obwarzankami, zapiekanym na grillu serem etc, etc tuż u bram nekropolii…
Powoli jednak moje podejście to zmienia się. Zaczynam przeżywać te dni bardziej osobiście bez zwracania uwagi na to co wokół. Wiem, że muszę jechać odwiedzić mych bliskich. I tu nie chodzi wcale o to aby położyć jakiś kwiatek czy zapalić znicz. Chodzi o to aby być przez chwilę być z nimi. Z tymi których znałem doskonale jak mój tata jak i tych, których nie znałem wcale, jak mojego dziadka z Pomorza. wiem jednak, że bez nich nie byłoby mnie! W takich chwilach chciałbym zostać przy ich mogiłach jak najdłużej. Wierzę, że oni widzą mnie i patrzą na mnie gdzieś tam z góry. Takie momenty refleksji są myślę potrzebne każdemu. Tym bardziej, że za chwilę a niekiedy już w tych chwilach właśnie, wszechobecny konsumpcjonizm i żądza pieniądza zaatakują nas ze zdwojoną mocą i każą nam wymazywać z pamięci to co de facto ważne a zając się pierdołami w postaci zakupu tony prezentów na Boże Narodzenie! Już od kilku lat sacrum sprowadzamy do profanum ale nie jest to dziwne bo w swojej masie społeczeństwo kretynieje myśląc tylko o zaspokajaniu swych wyłącznie przyziemnych potrzeb.
W tym roku święto Wszystkich Świętych dało też trochę czasu na odsapnięcie od powyborczych dywagacji kto z kim dlaczego i po co. Niestety wróciliśmy do szarej rzeczywistości i tłuszcza znów się może emocjonować tym czy to pan z kotem będzie tworzył rząd czy też pani Beata -była kierowniczka domu kultury w Lubiążu bodajże. W każdym razie będzie rząd partii Populizm i Socjalizm! I nawet miejsce dla Jarka Gowina się znajdzie! Co prawda nie jako pierwszego żołnierza IV, V? RP ale zawsze! Jak pan Jarek ładnie opowiadał dzisiaj w Trójce jak to PO nie wykorzystała ostatnich 8 lat zapominając przy tym o tym, że przez kilka był częścią rządzącego establishmentu… Taką mamy klasę polityczną niestety. Świnki przy korytku wypasają się aż miło! Niestety miłe zwierzątka osiołki, nie pozwoliły przy urnach na realną zmianę! Szkoda!
Na szczęście pogoda na razie piękna, można się rozkoszować złotą polską jesienią nie myśląc o wszystkich przykrych rzeczach z różnych sfer życia!

A ha! Listopad ma jeszcze jedną zaletę! Zawsze można sięgnąć po Niesamowity Dwór i rozkoszować się lekturą! :-D

Michel Houellbecq – Uległość

Uległość

Dzięki nieocenionej radiowej Trójce, dowiedziałem się o tej książce i o tym autorze w ogóle. Zaintrygowała mnie poruszona w niej tematyka czyli political fiction w postaci przejęcia władzy we Francji przez partię islamską w roku 2022. Dlatego bez wahania sięgnąłem po tę książkę i właśnie kilka chwil temu skończyłem ją czytać.
Niestety jej lektura nie napawa optymizmem. Krok po kroku zagłębiamy się w przerażający obraz tego jak za kilka lat może wyglądać nasz świat taki jakim go znamy. Ta wizja przedstawiona przez Houellbecqa wcale nie jest wizją nierealną. Niestety nasza cywilizacja sama sobie zakłada na szyję pętlę i mocno buja taboretem, na którym jeszcze stoi. Nie wiedzieć czemu sami sobie możemy zgotować los, którego chyba wszyscy chcielibyśmy uniknąć> Ja tę książkę odebrałem jak oskarżenie nas wszystkich i mocne uderzenie w głowę aby się obudzić i coś zmienić. Zlaicyzowana, pozbawiona jakichkolwiek wartości nadrzędnych Europa nie jest w stanie obronić się. Fałszywe wartości, idee i wszechogarniający konformizm sprawiają, że inni – w tym wypadku – muzułmanie mają nad nami przewagę i nie będą mieli żadnych skrupułów aby ją w pewnym momencie wykorzystać. Pamiętajmy o tym szczególnie teraz gdy do naszych wrót pukają masowo wyznawcy Mahometa.
Pisarz na każdym kroku, na każdej kartce przypomina nam o tym i wskazuje co może się stać jeżeli przekroczymy Rubikon. Jednocześnie – i to jest najbardziej niepokojące i pesymistyczne – nie daje nam nadziei na to, że jeśli go przekroczymy będzie jakaś droga powrotna. Chęć spokojnego życia i płyniecie z prądem przeważy mimo tego, że w duchu coś może nam się nie będzie podobało.
Książka napisana jest sprawnie i właściwie w dwa wieczory można ją przeczytać. Jedyny zarzut jaki bym jej postawił to w pewnych fragmentach niepotrzebnie wyeksponowane sceny erotyczne, które w mojej opinii ocierają się o pornografię. Dla przekazu treści są one zupełnie niepotrzebne.
Polecam wszystkim tę powieść, szczególnie tym, którzy tak ochoczo prawią nam o europejskiej solidarności i chcą szeroką falą zapraszać do nas ludzi o zupełnie różnej mentalności i kuturze. Pytanie tylko czy w ogóle sięgna po nią? Zresztą tak zwane „liberalne” kręgi już określiły Houellbecqa jako antyislamistę i rasistę. Smutne ale prawdziwe.

Na koniec może niech posłużę się wiele mówiącym cytatem, który otwiera jeden z rozdziałów:
„Islam będzie polityką albo nie będzie go wcale” – ajatollach Chomeini

Jo Nesbo – Wybawiciel.

Wybawiciel

Wybawiciel to moje szóste spotkanie z detektywem Harrym Hole z Wydziału Zabójstw policji w Oslo. Cieszę się, że przede mną jeszcze kilkanaście wieczorów w czasie których będę mógł śledzić kolejne przygody Harrego. Cóż można rzec o tej książce, w ogóle o tej serii. To co robi Nesbo swoim piórem to absolutny majstersztyk! Każda kolejna pozycja przebija poprzednika. Już Pentagram sięgnął poziomu niedostępnego dla innych a mimo wszystko śmiem twierdzić, że Wybawiciel jest jednak lepszy. Choć muszę przyznać, iż początki nie były proste i czytałem tę książkę z lekkim niedosytem. Kiedy jednak akcja zaczęła się zazębiać i rozwijać, z każdą kolejno przeczytaną kartką mę duszę ogarniało zdziwienie i podziw dla autora. W końcu doszło do tego, że ostatnią niedzielę spędziłem na kanapie z książką w ręku, a jedyne przerwy w czytaniu ograniczały się do konsumpcji obiadu, czy też zrobienia dobie herbaty. Fabuła poprowadzona jest w taki sposób, iż w nie jest nam dane odłożyć książkę na bok. Autor wpuszcza w nasz krwioobieg wirusa, który z całą siłą atakuje i nakazuje nam pochłaniać kolejne rozdziały! U Nesbo nie możemy być pewni niczego i nikogo, wszelkie nasze podejrzenia pękają jak bańka mydlana. Dlatego musimy skupić się na tym co czytamy. Każdy nawet najmniej istotny szczegół jest tutaj ważny. Kulminacja opowieści to już prawdziwa jazda bez trzymanki. W pewnym momencie wszytko staje na głowie a w myślach pada niecenzuralne słowo O k…a!
Ale proza Nesbo to nie tylko zwykle opowieści kryminalne. To analiza nas samych, to prawie wiwisekcja człowieczeństwa. To dlatego tak szybko wiążemy się z Harrym na dobre i na złe, śledzimy jego kolejne wzloty i upadki (nie raz w dosłownym tego słowa znaczeniu). Nesbo nie daje nam prostych rad i łatwych odpowiedzi na postawione pytania. Każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie na nie sam…
Nie wiem jak innym ale czytając książkę nasuwały mi się skojarzenia z takimi filmami Ścigany czy Siedem.
Z czystym sumieniem mogę polecić Wybawiciela wszystkim. Czas spędzony przy lekturze na pewno nie będzie stracony.

p.s.
Tak dla usystematyzowania. Zalecam aby każdy kto chce zacząć poznawać historię Harrego Hole robił to zgodnie z chronologią publikacji kolejnych powieści. Wbrew pozorom jest to bardzo istotne!

p.s. 2
Link do strony Jo Nesbo

http://jonesbo.pl

Bezsilność…

Są takie momenty w życiu człowieka kiedy czuje kompletną pustkę, apatię i bezsilność w stosunku do otaczających go zdarzeń. I tak ja się właśnie dzisiaj czuję po tym co dokonało się gdzieś tam, daleko poza Polską w Brukseli… Nasz rząd (nasz?) bez mrugnięcia okiem „klepnął” to co kazała mu zrobić niemiecka matrona Angela. Nie ważne, że Słowacja, Czechy, Węgry były przeciw… Ważne żeby zadowolić kogo trzeba. Niestety, tym krokiem sprowadziliśmy siebie – jako kraj – do poziomu taniej ladacznicy, którą można wykorzystać kiedy się chce i jak się chce, bo za garść eurocentów zrobi wszystko… Mam przed oczami mego pradziada – działacza plebiscytowego, kpt. Raginisa z Wizny, bombardowany Wieluń, bohaterów z Westerplatte i niszczoną Warszawę i zadaję sobie pytanie po co było to wszystko…

An Evening with Machine Head…

MH

Piękne popołudnie 14 września przyniosło mi wspaniałe przeżycie w postaci koncertu grupy Machine Head, którą uważam za jednego z najlepszych – o ile nie najlepszego – przedstawiciela współczesnego metalu. Gwoli wyjaśnienia. Dla mnie „współczesność” to lata 90. ubiegłego wieku. :-D

Koncert odbywał się w warszawskim klubie muzycznym Progresja. Podróż z Łodzi do Warszawy przebiegła szybko i bezproblemowo i ok. 17 zameldowałem się na miejscu. Przed klubem stało już kilkanaście osób. Po ubraniach i koszulkach nie trudno było zgadnąć w jakim celu się tam stawili. Zakupiłem sobie piwko i zacząłem podziwiać co poniektórych osobników a właściwie nie ich lecz ich wytatuowane ciała. Nie jestem jakiś konserwatystą, który wszelakim malunkom na ciele mówi nie ale jednak przez myśl przeszło mi jakbym wyglądał na starość z wytatuowanymi nogami, rękoma, palcami, szyją… jakoś ta wizja średnio mi się spodobała :-P

Ale ad rem. Ok. 18.40 weszliśmy do środka i zająłem bardzo dobre miejsce jakiś 1 – 1,5 metra od sceny. Gig miał się zacząć o 20 także było jeszcze trochę czasu, który spożytkowałem na bardzo sympatyczną rozmowę z parą młodych ludzi (atrakcyjna brunetka i jej chłopak wyglądem przypominający jako żywo Jana Bigosa syna Antoniego ;-) ), którzy mieli problemy z rozszyfrowaniem pewnej łacińskiej liczby MCMXCII znajdującej się w logo zespołu. Jako, że na studiach miałem przyjemność obcowania z tym zacnym językiem wytłumaczyłem im, że to ni mniej ni więcej jak data 1992 czyli rok założenia kapeli. Ja im powiedziałem, że w tym roku zacząłem studia a oni mi, że… wtedy się urodzili! :-D Dziadku co ty tu robisz pomyślałem sobie. Szybki jednak rzut oka wstecz i doszedłem do wniosku, że jednak tak źle nie jest.

Ok. 20.04 zgasły światła i z głośników poleciały pierwsze takty Imperium, kawałka który sprawił, że ma miłość do MH znów odżyła kilka lat temu (Daro form Żagań – dzięki za linka). Co się zaczęło dziać trudno opisać w kliku słowach… W każdym razie ma 42 letnia posiwiała, wyłysiała głowa rytmicznie kręciła się w te i wewte tworząc coś co się headbangingiem zowie! :-D Potem były kolejne killery, które atakowały me ciało z prędkością karabinu maszynowego. Bardzo spodobała mi się piosenka From This Day, której nie słuchałem bardzo, bardzo długo… Czekałem też na utwory z ostatniej fantastycznej płyty Bloodstone And Diamonds. Było ich sporo ze wspaniałym In Comes The Flood na czele. Żeby jednak docenić w całości te kompozycje radzę sięgnąć po CD. Na żywo oprócz energii i czadu trudno wychwycić wszystkie smaczki tej płyty.
Zachowanie Robba & Co można określić z angielska „crazy motherfucers”. Robb co chwilę mówił, że jesteśmy awasome i ryczał: Do you want more from Machine Head!!!??? A my chcieliśmy more! Nadeszła w końcu ta chwila gdy wspólnie krzyknęliśmy z Robbem: LET FREEDOM RING WITH THE SHOTGUN BLAST! I zaczął się Davidian – ich pierwszy numer z debiutu Burn My Eyes. Czy możecie wyobrazić sobie statecznego męża, ojca 2 dzieci w nieopisanym pogo? Nie? Może to i lepiej. Parę razy podczas tego koncertu taki mnie myśli nachodziły, że to co się dzieje jest lepsze od czegoś określonego trzyliterowym słowem zaczynającym się na s a kończącym na x! :-D

Kapitalny numer Halo zakończył ten niesamowity koncert, po którym czekała nas wspólna fota z kapelą i polowanie na pokoncertowe pamiątki. Tak się jakoś złożyło, ze w mych rękach znalazła się kostka do gry nowego basisty Jareda MacEecherna.

O północy byłem już w domu. Długo jednak nie mogłem zasnąć mając w pamięci to co przeżyłem raptem kilka godzin temu…

SETLISTA
1. Imperium
2. Beautiful Mourning
3. Now We Die
4. Bite the Bullet
5. Locust
6. From This Day
7. Ten Ton Hammer
8. This Is the End
9. In Comes the Flood
10. The Blood, the Sweat, the Tears
11. Crashing Around You
12. Darkness Within
13. Declaration
13. Bulldozer
14. Killers & Kings
15. Davidian
16. Descend the Shades of Night
17. Now I Lay Thee Down
18. Aesthetics of Hate
19. Game Over
20. Seasons Wither
21. Halo